| |
Tak jak wilka
ciągnie do lasu, tak mnie ciągnie do wypraw. Planowałem w tym
roku wyruszyć na Syberię na spływ kajakowy rzeki Dolnej
Tunguskiej (Niżnej Tunguskiej) lub opłynięcie dookoła kajakiem
Irlandii. Niestety obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi na
znalezienie w tym roku tyle wolnego czasu, aby zrealizować te
marzenia. W związku, z czym postanowiłem wraz z Szymonem
Klimaszewkim (najlepszym moim kompanem do ekstremalnych wypraw)
obrać kurs za koło podbiegunowe północne do Norwegii na wyprawę
kajakową po norweskich wodach Oceanu Arktycznego. Celem jaki
wytyczyliśmy naszej ekspedycji było penetracja i opłynięcie
kajakami najbardziej oddalonych na północ wysp Europy - Kvaløya
– Rolvsøya – Hjelmsoy - Masøya – Magerøya – Sørøya -
Seilandsjøkelen. Wyspy te należą do północnego regionu Norwegii
zwanego Finnmark. Na wyspie Mageroya leży słynny przylądek
Nordkapp, który opłynęliśmy już kajakami w 2000 r.
Wyprawa nasza przebiegała w sposób następujący. Wyjechaliśmy 6
VII 2005 r. ok. godz. 6.00 moim starym samochodem „Oplem Astra”
z Suwałk w kierunku Talina. Do samochodu zapakowaliśmy dwa
składane kajaki i cały inny ekwipunek niezbędny na kajakową
wyprawę morską. Byliśmy bardzo mile zaskoczeni bardzo dobrą
jakością dróg na Litwie. Przejazd przez Litwę, Łotwę i Estonię
przebiegał bez żadnych większych problemów. Jedynym problemem
była tylko skrzynia biegowa w samochodzie. Jedynka i dwójka nie
zawsze chciały wchodzić i trzeba było raz zatrzymać samochód, bo
woda gotowała się w chłodnicy i coś śmierdziało nieźle w
silniku. Bardzo szybko mijaliśmy przejścia graniczne. W Talinie
byliśmy pod wieczór. Dalej promem do Helsinek i drogą nr. E 75 w
kierunku północy. Promy z Talina do Helsinek pływają bardzo
często i nie ma żadnego problemu, aby kupić bez wcześniejszej
rezerwacji na „gorąco” bilety. Po przejechaniu ok. 400 km od
Helsinek rozbiliśmy namiot, gdzieś przy drodze i zatrzymaliśmy
się, aby się przespać, bowiem byliśmy trochę zmęczeni drogą.
Rano się obudziliśmy i dalej w drogę. Finlandia to lasy i lasy.
Cały dzień zajął nam przejazd całej Finlandii z południa na
północ. Wieczorem przekroczyliśmy granicę fińsko – norweską, na
której nikt nas nie kontrolował i nawet nie zatrzymywał.
Norwegia przywitała nas przepięknymi krajobrazami: góry, fiordy
i piękne niebo. Późną nocą, w której słońce świeciło prawie, jak
w dzień, zmęczeni podróżą rozbiliśmy namiot, gdzieś przy drodze
na pięknym wzniesieniu, które było punktem widokowym. Krajobraz
był bajeczny. Rano ruszyliśmy dalej w drogę w kierunku wyspy
Kvaloya do miejscowości Hammerfest. W czasie drogi bardzo trzeba
było uważać na renifery, które w ogóle nie bojąc się ludzi, ani
samochodów śmiało wychodziły na drogę. W mieście Hammerfest
byliśmy około południa. Tam byliśmy świadkami niecodziennego
wydarzenia. Otóż parę pobożnych reniferów chciało wejść do
kościoła – zboru ewangelickiego, prawdopodobnie na modlitwę.
Niestety jakiś człowiek nie kulturalnie przegnał je spod drzwi
świątyni.
Na
punkt startowy do wypłynięcia na morze obraliśmy wioseczkę
rybacką Forsel. Jest ona oddalona ok. 10 km na północny-wschód
od Hammerestu. W niej to złożyliśmy nasze składane kajaki,
załadowaliśmy cały ekwipunek, zostawiliśmy w porcie samochód i
wyruszyliśmy na nasz morski rejs w rytmie piosenki „Dalej w
morze wyruszamy…
8.
VII. 2005 r. (70º43’37 N, 023º49’48 E – na jednej z małych
wysepek koło Forsel)
Pogoda
za kołem podbiegunowym jest nieprzewidywalna. Rano świeciło
bardzo jasno słońce i było dość ciepło. Pod wieczór zaś zrobiło
się bardzo szybko zimno i mgliście.
Wyruszyliśmy ok. godz. 19.00 i po wyjściu z portu objęła nas w
swoje szpony bardzo gęsta mgła. Na jednej z małych wysepek
niedaleko portu wprowadziliśmy nasze położenie na GPS, dokładnie
przejrzeliśmy nasze mapy, skorygowaliśmy kompasy z mapą i
ruszyliśmy w nieznane. Mieliśmy do przepłynięcia „ścinkę” ok. 30
km z dala od lądu. Gdybyśmy przypadkiem pomylili się w
nawigacji, to groziło nam wyjście w pełne morze w warunkach
niezbyt ciekawych. Po paru minutach znikły kontury lądu i
znaleźliśmy się w gęstej mgle. Cały czas bacznie śledziliśmy
kompasy, które leżały przed nami i wskazywały odpowiedni kurs,
który wcześniej wytyczyliśmy. Dziwną było rzeczą, że wiatr wiał,
a mgła cały czas stała Morze szumiało, fale krzywiły. Było ok. 6
w skali Bouforta. Na dodatek było dość zimno i szaro. Przemokłe
rękawice nie trzymały ciepła. Płynięcie bez kompasa w takich
warunkach byłoby całkowicie niemożliwe. Oczy nasze były cały
czas skoncentrowane na utrzymanie właściwego kursu. Nie było to
łatwe, bowiem mieliśmy północny wiatr, a nasz kurs wiódł na
północny-zachód. Wiatr, więc mieliśmy boczny. Fale też były nie
małe i dość często przelewały się przez kajaki.
Po około 3 godzinach wiosłowania pojawiły się przed nami kontury
jakichś wysepek. Do nich skierowaliśmy dzioby naszych kajaków.
Na jednej z wysepek rozbiliśmy namiot. Płynęliśmy w sumie ok. 4
godzin. Namiot rozbiliśmy w następującej długości i szerokości
geograficznej: 70º47’30 N, 024º10’08 E
W
życiu jest tak, jak na wyprawie. Ważny jest właściwy kurs i
kompas, który poprowadzi nas przez życiowe mgły, w których nie
wiadomo, co robić i w jakim kierunku podążać. Tym kompasem jest
nasza relacja do Tego, od którego wszystko, co jest pochodzi -
Boga.
9.
VII. 2005 r. (70º59’54 N, 024º11’10 E)
Rano nadal mglisto. Po wstaniu odprawiamy Mszę Św,
pakujemy się i w drogę. Powoli pogoda rozjaśnia się. Bardzo
fajnie się płynie. Robimy ścinkę do kolejnej wyspy, która
ukazała się nam na horyzoncie. Osiągamy ją po ok. 3 godz.
wiosłowania. Klify pionowo spadające do wody są przepiękne.
Próbujemy łapać ryby na szybko wykonanym przez nas sprzęcie
wędkarskim. Niestety żadna rybka nie daje się pochwycić na nasze
sztuczki. Nasza technika wędkarska polega na ciągnięciu żyłki z
haczykiem i przynętą za kajakiem.
Wieczorem osiągamy wyspę Rolvsoya. Ciężko było do
niej płynąć, bowiem wiatr mieliśmy prosto w twarz. Namiot
rozbiliśmy w skalistej małej zatoczce usypanej wielobarwnymi
kwiatami.
Cieszę się, że tu jestem. Przyroda jest tu niesamowita. Cisza,
dzicz, piękne krajobrazy, morze, wiatry i szybko zmieniająca się
pogoda. Dziękuję Wszechmocnemu, że pozwolił mi tu być. Dziękuję
za ten dzień. Najważniejsze jest to, aby swój własny kompas
duchowy utrzymywać na właściwym kursie do nieba.
10. VII. 2005 r. (71º06’23 N, 025º20’56 E)
Budzi
nas przepiękna pogoda. Słońce świeci bardzo mocno i prawie nie
ma w ogóle wiatru. Przy pakowaniu się atakuje nas spora ilości
komarów. Nie ustępują one nawet po wypłynięciu w morze. Obieramy
kurs z Rolvsoya do błyszczących w oddali klifów, na których
szczytach kręcą się pióra ogromnych potężnych wiatraków, które
zasilają energią miasteczko rybackie Havøysund. Odległość, która
nas dzieli do nich, to ok. 20 km. Po dopłynięciu do nich mamy
problemy ze znalezieniem dobrego miejsca na lądowanie, bowiem
wszędzie duże strome skały i skały. W końcu coś znajdujemy.
Bardzo trzeba uważać, aby zakotwiczyć w odpowiednim miejscach i
dość starannie przywiązać kajaki, bowiem występuje tu zjawisko
przypływów i odpływów. Zjawisko to występuje dwa razy na dobę i
woda wtedy bardzo szybko unosi się i opada. Amplituda wahań
poziomu wody dochodzi do ok. 3 m. Po krótkim odpoczynku obieramy
kurs w kierunku wyspy Masøya.
Wyspy w regionach tych są bardzo dzikie. Nie widać prawie
żadnych śladów bytności człowieka, tylko ogrom gatunków morskich
ptaków, delfinów, foków i innych morskich zwierząt. Szczególnie
spodobały się nam klify wyspy Masøya. Żywioły niesamowicie
porzeźbiły te dziewicze skały. W trakcie postoju na tej wyspie
widzieliśmy dwa olbrzymie orły, które królewsko szybowały nad
dzikimi klifami. Nazwaliśmy je orłami norweskimi. Prawdopodobnie
zamieszkują one wyspę Masøya. Krajobraz tej wyspy jest
przepiękny. Z wyspy tej obraliśmy kurs na wyspę Magerøya. W
trakcie robienie kolejnej „ścinki” niedaleko już od wybrzeży
Magerøya zaczęło bardzo silnie wiać. Na szczęście był to wiatr w
plecy.
Lądowaliśmy na skalistym wybrzeżu na jednej z bardzo małych
wysepek wyspy Magerøya, koło osady Gjesvær. Tutaj rozbiliśmy
namiot Naprzeciw nas nisko wędrujące chmury weszły na jedną z
wysepek, która wyglądała jakby dymiący krater wulkanu. Pogoda na
tych szerokościach geograficznych zmienia się nieoczekiwanie:
słońce, deszcz, mgła, wiatr w przeciągu jednej godziny.
Dziękuję Bogu, że tu jestem. Słowa nie wyrażą
mistyki arktycznego oceanu.
11. VII. 2005 r. (71º00’49 N, 026º11’22 E)
Pogoda rano jest bardzo słoneczna. Mała wysepka, na której
lądowaliśmy jest urocza. Skały, różnokolorowe kwiaty, błękitne
niebo i piękne klify błyszczących w promieniach słonecznych
małych wysepek. Szymon rozpala ognisko i przygotowuje śniadanie.
Ociągamy się z wypłynięciem rozkoszując się urokami tego
miejsca. W końcu wypływamy. Po ok. 2,5 godz. wiosłowania
osiągamy okolice ostatniego przylądka dzielącego nas od sławnego
Nordkapp. Okolice te pamiętamy dość dobrze z wyprawy w roku 2000
r., w której opłynęliśmy pierwszy raz wyspę Magerøya. Lądujemy
na pięknej piaszczystej dziewiczej plaży, która jest tylko
jedyną piaszczystą na całej tej skalistej wyspie. Pogoda jest
boska, błękitne niebo, jasne słońce, piaskowa plaża otoczona z
boków niedużymi skalistymi klifami, na których zieleni się trawa
i rosną dzikie kwiaty i południowy wiatr. Ja urządzam sobie
kąpiel w morzu. Niestety woda ma chyba ze 2º C, więc nie długo
się cieszę urokami morskiej kąpieli. Szymon zaś urządza sobie
przechadzkę na pobliską górę.
Następnie wypływamy w kierunku Nordkapp. Mamy wiatr z południa,
tak, więc wieje nam w plecy. Długie ok. 1,5 m pchają nas w
dobrym kierunku. Po ominięciu ostatniego cypelka oczom naszym
ukazuje się Nordkapp w całej swej okazałości. Ostre pionowe
klify majestycznie spadając do wody błyszczą w blasku
popołudniowego słońca. Bardzo cieszymy się, że tu jesteśmy, na
ostatnim najbardziej północnym skrawku Europy. Pogodę mamy
wymarzoną. Robimy zdjęcia i uwieńczamy chwile te na taśmie
kamery video. Jakże inną pogodę mieliśmy tu pięć lat temu. Wtedy
modliliśmy się o przeżycie latając na ok. 5 metrowej fali.
Po
ominięciu Nordkapp płyniemy „ścinkę” do najbliższego cypelka.
Tam robimy bardzo krótki odpoczynek i ruszamy dalej na kolejną
„ścinkę”. W oddali widzimy bardzo małe kontury jakichś czterech
domków. Na nie kierujemy dzioby naszych kajaków. Bardzo nam się
dłuży ich osiągnięcie. W odległości ok. 100 m od cypelka
dostrzegamy jakichś statek rybacki. Na pokładzie jego paru ludzi
zarzuca, co chwila wędki do wody i wyciąga dość sporych
rozmiarów ryby morskie. Zaciekawiony podpływam do nich i pytam
ich po angielsku o technikę wędkowania w tych regionach. Mówię
im o mojej technice wędkowania i pokazuje nasz sprzęt wędkarski.
Wędkarze tłumaczą mi, że w ten sposób raczej, to bardzo ciężko
złapać tu rybę, bowiem ryby tu pływają dość głęboko. Dają mi na
przekąskę dość dużą rybę, którą wyciągnęli niedawno i dość duży
hak, z czerwoną przynęto imitującą jakiegoś robola, abym mógł
też coś złapać. Bardzo dziękuję im za porady wędkarskie.
Po
odpłynięciu ok. 2 km od rybaków wiatr raptownie zmienia
kierunek. Po bardzo szybkim czasie mamy już falę dochodzącą do
ok. 3 metrów. Statek rybacki dogania nas i rybacy pytają nas,
czy nie potrzebujemy jakieś pomocy, bo warunki robią się
sztormowe. Odpowiadamy im, że jest OK.Co jakiś czas spoglądam na
kajak Szymona, który walczy z falami. Szkoda, że w warunkach
takich trudno jest wyjąć kamerę, aby chwile te uwieńczyć na
taśmie. Woda leje się z góry, fale się łamią. Trzeba bardzo
uważać. Nagłe porywy szkwałów prawie wyrywają wiosło z rąk. W
końcu dostrzegamy w oddali na brzegu jakąś kamienną plażę
osłoniętą trochę od żywiołów. Na niej lądujemy. Mamy problemy z
rozstawieniem namiotu, bowiem wiatr jest silny. Jednak po chwili
dom nasz jest postawiony.
Dzisiejszy dzień był fantastyczny. Tyle różnych wrażeń i
doświadczeń w krótkim przeżyliśmy na tej cudownej wyspie. Życie
w paru godzinach staje się tak bardzo pełne. Wydaje mi się
jednak, że najważniejsze w tym wszystkim jest jednak, aby
wszystko w naszym wnętrzu było na właściwym miejscu. Jeśli Bóg
jest na pierwszym miejscu, to życie nasze staje się pełne i
nabieramy jakby nowych właściwości na pełniejsze czucie życia.
12
VII. 2005 r. (71º00’07 N, 026º07’09 E)
W
nocy padał deszcz. Rano brewiarz, msza św., śniadanie, pakowanie
się – jak każdego dnia i wypływamy. Mamy bardzo silny wiatr
prosto w twarz. Bardzo ciężko się płynie. Po chwili wiatr osiąga
tak ogromną siłę, że mamy ogromne problemy, aby płynąć do
przodu. Prędkość wiatr jest z całą pewnością bardzo dużo powyżej
100 km/h. Przy raptownych szkwałach bardzo nisko pochylam cały
tułów do przodu, aby wiatr nie zwiał mi czapki z głowy. Pył
wodny unosi się nad wodą. Parę razy wiatr tak bardzo silnie
wiał, że nie dałem rady utrzymać kajaka dziobem do fali. W
przeciągu paru sekund wiatr i fale porywały mnie w swoje
otchłanie. Bardzo ciężko potem było ustawić się dziobem do fali.
Jeden z takich porywów miał tak ogromną siłę, że omal nie wyrwał
mi z rąk wiosła. Lewa ręka puściła wiosło w nagłym
niespodziewanym zaskoczeniu siłą szkwału. Cudem jednak
utrzymałem je w bardzo silnym uścisku prawej dłoni. Pył wodny,
fale przelewały się przeze mnie, a wiatr ryczał jak oszalały.
Powiew tego szkwału zepchnął mnie w jednym momencie ok. 200 m.
do tyłu. W takich warunkach nie było mowy o żadnym płynięciu.
Zdecydowaliśmy się uciekać za jakieś małe skalne klify położone
niedaleko od nas na brzegu. Bardzo długo zdobywaliśmy ten
niedaleko położny od nas ląd. Osiągnęliśmy go z wielkim
wysiłkiem mięśni i sił. Wyciągnęliśmy kajaki z wody i z podziwem
obserwowaliśmy siłę i potęgę żywiołu. Wiatr osiągnął tak ogromną
siłę, że trudno nam było stać wyprostowanymi na nogach. Biały
pył szalał nad pieniącymi się wściekłymi falami. To było na
pewno od 10 do 12 w skali Bouforta. Schowaliśmy się od tego
wiatru za jakimś wielkim głazem. Było bardzo zimno. Po ok. 3
godz. wiatr zmniejszył trochę siłę. Zdecydowaliśmy się spróbować
dopłynąć do rybackiej osady Kalvik, złożonej z 6 domów. Była ona
oddalona od nas ok. 700 m. Jednak dojście do niej w takich
warunkach zajęło nam ok. 50 minut. Tam rozbiliśmy nasz namiot.
Dzisiejszy wiatr był jednym z potężniejszych jakie widziałem
dotychczas w życiu pływając w kajaku. Po raz pierwszy zdarzyło
mi się, że miałem ogromne trudności z panowaniem nad kajakiem.
Fakt, że jest to także w dużej mierze spowodowane tym, że płynę
w długim kajaku dwuosobowym i siedzę w tyle. W związku, z czym
środek ciężkości jest źle rozłożony zwłaszcza, gdy się płynie
pod wiatr. Nie mogę jednak nic w tym względzie zmienić, bowiem
pokrycie kajaka jest tak wykonane, że nie ma możliwości
siedzenia po środku.
Dziękuję Bodu za dzisiejszy żywioł. Dzięki niemu wyprawa jest
pełniejsza. Doświadczenie żywiołu uczy nas pokory wobec naszej
pewności siebie. Dziękuję Bodu, że mogłem doświadczać, oglądać i
przeżywać zmaganie się z tym potężnym wiatrem. Kiedy życiu
naszemu zagraża jakieś niebezpieczeństwo wtedy bardziej
intensywnie je przeżywamy. Ile też radości wewnętrznej daje
ufność, że Opatrzność Boża zawsze czuwa nad nami.
13. VII. 2005 r. (70º56’28 N, 025º41’59 E)
Rano
nie było wiatru. Było pochmurnie, ale woda była spokojna.
Wyruszyliśmy w morze. W miarę jednak płynięcia pogoda zmieniała
się na gorszą. Początkowo zaczął padać deszcz. Potem zaczął wiać
wiatr. Byliśmy całkowicie mokrzy i silny wiatr prosto w twarz
uniemożliwiał nam poruszanie się do przodu. Lądowaliśmy, więc na
brzegu i rozbiliśmy namiot w miejscu osłoniętym od wiatru. Po
ok. 3 godzinach znowu nastała cisza. W chwili kiedy spakowaliśmy
do kajaków wszystkie rzeczy, aby wyruszyć na horyzoncie w oddali
pojawiły się ciemne chmury, wiatr i białe grzywy. Pomimo to
ruszyliśmy. Nie na długo jednak. Odległość 1 km pokonywaliśmy
ok. 1 godziny, wkładając w każdy ruch wiosła ogrom sił.
Zdecydowaliśmy się znowu uciekać na ląd, bowiem wiatr wiał coraz
silniej, a walka z nim nie miała w tej sytuacji żadnego sensu.
Namiot rozbiliśmy za bardzo dużym kamieniem, aby uchronić się od
wiatru. Kamień ten był położony bardzo niedaleko od morza. Było
to jednak tylko jedyne właściwe miejsce na tym skalistym
wybrzeżu. Wiatr wiał z kolosalną siłą. Mieliśmy silny sztorm.
Namiot pomimo schowania od wiatru był silnie targany przez
podmuchy wiatru, które odbijały się od wysokich klifów.
Słyszeliśmy tylko huk morza i wiatr wyjący z ogromną siłą.
Baliśmy się, że podmuchy wiatru mogą połamać nam namiot, którego
ścianki dość ostro kładły się na nas leżących w śpiworach.
Jak mały jest człowiek wobec żywiołów? One uczą
człowieka pokory. Bóg jest Stwórcą tych żywiołów. One świadczą o
Jego potędze.
14. VII. 2005 r.
W
nocy wiatr bardzo silnie wiał. Morze huczało w wiatr wył
przebijając się poprzez skalne ostre szczeliny klifów. Ścianki
namiotu bardzo mocno chyliły się. Było bardzo zimno.
Cały dzień pogoda była sztormowa. Siła wiatru trochę
zmalała, ale nadal ciemne chmury deszczowe wędrowały w naszym
kierunku z południa. Warunki były zbyt trudne do wypłynięcia.
Spędziliśmy cały dzień w namiocie. Z nudów zacząłem się uczyć
języka gruzińskiego, bowiem Szymon jedzie w sierpniu na misje do
Gruzji, wobec czego bardzo pilnie uczy się tego języka.
Dowiedziałem się między innymi tego, że słowo <<mama>> znaczy w
języku gruzińskim ojciec, a <<kali>> to kobieta. Nauczyłem się
też alfabetu gruzińskiego, którego litery są strasznie
dziwaczne. Na przykład Darek pisze się:
Doszliśmy też z Szymonem do wniosku, że wielkim wyczynem jest
też umiejętność „kiblowania”, czyli czekania w miejscu na lepszą
pogodę.
Mieliśmy też w ciągu dnia fajną przygodę. Kiedy wyszliśmy z
namiotu na klify, aby ocenić warunki pogodowe raptownie
poczuliśmy coś białego i mokrego na naszych ubraniach. To
romantyczna mewa zbombardowała nas swoimi odchodami. Chwyciłem
kambulca i rzuciłem w jej kierunku wykrzykując wiązankę
„łacińskich słów”. Od tego momentu zacząłem nazywać romantyczne
mewy „srajdupami”.
Mamy nadzieję, że jutro pogoda będzie lepsza i wreszcie
wypłyniemy.
15. VII. 2005 r. (70º59’41 N,
024º37’20 E)
Rano
pogoda była pochmurna. Wiatr nie wiał już tak mocno, jak w
dniach poprzednich. Wyruszyliśmy, więc na wodę. Parę razy
zmoczył nas przelotny mały deszczyk. Niskie ciemne chmury wciąż
wędrowały po wierzchołkach gór Magerøyi. W trakcie tego
porannego płynięcia raptownie koło mego kajaka wynurzyła się
olbrzymia foka. Była tylko ok. 1 metra ode mnie. Była chyba
bardzo zmęczona od dłuższego przebywania pod wodą. Ciężko sapała
zapominając o lęku przed nieznanym jej dziwnym obiektem
pływającym. Po ok. 15 sekundach zanurzyła się ponownie pod
wodę. Pogoda w miarę czasu coraz bardziej się rozpogadzała. Po
ok. 3 godzinach od wypłynięcia świeciło nad nami już tylko
słońce. Doświadczyliśmy też rano siły prądów morskich, które
wędrują w określonych cyklach wzdłuż wybrzeży Magerøyi. Płynąc
wzdłuż lewego brzegu z dala od lądu zauważyliśmy, że zbyt wolno
się poruszamy do przodu i że dwa małe stateczki płyną bardzo
blisko wybrzeży Magerøyi. Szybko zrozumieliśmy, że jest pod
nami silny prąd, który jest przyczyną naszego ślimaczego tempa.
W dniu dzisiejszym zostaliśmy również zaproszeni
przez jakiegoś norweskiego dziadka i jego syna na kawę i
ciastka. Był to bardzo miły akcydent. Przepływaliśmy rano koło
jakiejś chatki, gdy wyszedł z niej nagle jakiś gość i zaczął
krzyczeć do nas coś po norwesku. Zrozumiałem tylko z tego słowo
kawa i domyśliłem się, że pewnie nas zaprasza na nią. Wobec
czego popłynęliśmy w kierunku przystani dziadka, aby kulturalnie
skorzystać z jego gościnności. Ja po norwesku znałem tylko parę
słów, trochę za mało, aby prowadzić dialog. Na szczęście dziadka
syn mówił trochę po angielsku, w związku, z czym jakoś w miarę
sprawnie wspólnie się porozumiewaliśmy. Dowiedzieliśmy się od
niech też, że w tym roku jeden kajakach płynął parę dni przed
nami w tych regionach poruszając się jednak w kierunku
przeciwnym do naszego, z południa na północ.
Po południu pogada była wyśmienita. Słońce,
przepiękne dzikie, dziewicze krajobrazy i cudowne morze. Na
jednym z postojów na dużych skałach Szymon przez nieuwagę dość
ostro upadł obijając na szczęście tylko dość mocno łokieć. W
moim zaś kajaku przekuła się puszka z piwem i cała jej zawartość
wypłynęła do wnętrza kajaka. Zdarzenie to zinterpretowałem, że
jest spowodowane moim skąpstwem. Zamiast odwdzięczyć się
gościnnym Norwegom za ich gościnność przynajmniej puszką piwa,
bowiem taka myśl mnie natknęła podczas żegnania się z nimi, ja „zasknerzyłem”
w tamtym momencie, bowiem bardzo lubię piwo. Tak, więc, to był
znak, nauczka, abym nie lekceważył dobrych i szlachetnych myśli.
Każda myśl dobra i szlachetna jest dla nas darem do stawania się
coraz bardziej człowiekiem.
Pogoda w dniu dzisiejszym była wymarzona do
płynięcia. Opuściliśmy Magerøyę obierając kurs na miasteczko
rybackie Havøysund. W trakcie płynięcia minęliśmy wyspę Masøya i
Hjelmsoy. Namiot rozbiliśmy na cypelku za miastem Havøysund.
16. VII. 2005 r. (70º52’27 N,
023º43’30 E)
Rano pogoda była pochmurna. Po spakowaniu się obraliśmy kurs na
wyspę Rolvsøya. Bardzo dłużyło się nam robienie tej „ścinki”,
tym bardziej, że zaczął wiać wiatr w twarz. Na wyspie zrobiliśmy
na skałach postój i następnie popłynęliśmy wzdłuż południowych
wybrzeży Rolvsøya. Po dotarciu do najbardziej dogodnego miejsca
na robienie „ścinki” wyruszyliśmy w kierunku dwóch bardzo małych
wysepek, które leżały na naszym kursie na wyspę Sørøya. Bardzo
fajnie się płynęło, ponieważ mieliśmy piękne, wysokie i długie
fale, które wędrowały na nas ze strony morza. Wspinaliśmy się na
wierzchołki fal, po czym zjeżdżaliśmy w ich doliny. Krajobrazy
też mieliśmy niczego sobie. Z lewej naszej strony w dalekiej
oddali szczególnie się wyróżniały zatopione w obłokach ośnieżone
szczyty wyspy Seilandsjøkelen. Z prawej mieliśmy bezkres morza,
a przed nami w oddali górzyste poszarpane kontury wyspy Sørøya.
Kiedy już byliśmy kilkadziesiąt metrów przed osiągnięciem dwóch
małych wysepek. Podpłynął do mnie jakiś samotny rybak na
motorówce. Porozmawiałem z nim trochę. Dowiedziałem się od
niego, że dobre duży ryby w tych regionach łapie się na dużych
głębokościach. Z głębokości ok. 150 m. można wyciągnąć sztuki,
które ważą ponad 100 kg. Ważna jest w tym przypadku bardzo dobra
żyłka i odpowiednie duże obciążenie, aby spuścić przynętę na tą
głębokość. Na pożegnanie podarował mi dwa duże łososie
norweskie, które niedawno złapał.
Namiot rozbiliśmy na jednej z tych wysepek leżących pomiędzy
Rolvsøya a Sørøya. Pomimo, że klimat tutaj się dość chłodny jest
bardzo fajnie. Człowiek w pełni odpoczywa. Dzicz, niebiańska
dziewicza przyroda i bardzo mało ludzi. Szkoda, że tak szybko
mija czas. Chciałoby się zostać tu na dłuższy czas. Dziękuję
Bogu, że tu jestem.
17. VII. 2005 r. (70º45’20 N,
022º45’05 E)
Przywitała nas rano przepiękna pogoda. Słońce świeciło dość
mocno, jak na tę szerokość geograficzną. Po porannych modlitwach
zaczęliśmy gotować rybę. W trakcie gotowania przypłynął do nas
na motorówce samotny rybak, którego wczoraj spotkaliśmy.
Porozmawialiśmy trochę. Na pożegnanie dał nam jeszcze jakąś duże
rybę, którą niedawno złapał i której mięso ponoć jest bardzo
drogie. Podarował nam również dość ciężką przynętę do
wędkowania. Podziękowaliśmy mu za te dary. Prawdą jest, że im
bardziej na północ, tam gdzie mniej ludzi i przyroda jest
jeszcze dziewicza nieskażona zbyt cywilizacją, tym bardziej
ludzie są wrażliwsi na drugiego człowieka.
Po
opuszczeniu wysepki dzioby naszych kajaków skierowaliśmy w
kierunku Soroya. Bardzo fajnie się płynęło, bo pogoda była
przepiękna.
Po
osiągnięciu najbardziej północnych skrawków wyspy Soroya
zrobiliśmy sobie wycieczkę wspinaczkową na najwyższy szczyt na
tym cypelku. Widoki zapierały dech w piersi, tym bardziej, że
pogoda była bardzo słoneczna. Podziwialiśmy w zachwycie ogrom
piękna dzieła Stwórcy.
Po
opuszczeniu północy Soroya obraliśmy kurs ku południowi tej
wyspy płynąc wzdłuż jej zachodnich wybrzeży. Po pewnym czasie
złapał nas bardzo silny wiatr. Na szczęście wiał on nam w plecy.
Fale rozbujały się aż do 3 metrów i zaczęły się łamać ich
grzywy. Kajaki były nieźle miotane przez fale. Ciężko było
utrzymać dzioby kajaków we właściwym położeniu. Warunki były
prawie sztormowe. Na szczęście dość sprawnie poruszaliśmy się do
przodu. Pomimo zakrycia od góry bardzo dużo wody weszło nam do
środka kajaków.
Namiot rozbiliśmy w pewne zatoczce otoczonej zewsząd dużymi
pionowymi górami. Było bardzo pięknie.
18. VII. 2005 r. (70º38’15 N,
021º57’59 E)
Dzisiejszy dzień był bardzo słoneczny. Było dość gorąco. Płyną
rano zdjąłem nawet bluzkę, aby się trochę poopalać. Przez ten
fakt byłem dość szybko jakoś wykończony fizycznie. Promienie
słoneczne zabrały mi dużo energii wewnętrznej. Woda w dniu
dizsiejszym była spokojna do płynięcia. Długie łagodne średniej
wysokości fale kołysały nasze kajaki. Pod wieczór osiągnęliśmy
najbardziej południowy kraniec wyspy Soroya. W oddali od strony
stałego lądu Norwegii powitały nas wysokie ośnieżone szczyty
gór. Było bardzo pięknie. Podczas szukania miejsca na postój
wyłonił się naszym oczom ogromny wrak jakiegoś okrętu wojennego
z drugiej wojny światowej. Część jego była pod wodą na
mieliźnie, zaś olbrzymia cała reszta z armatami i innymi
działami pokładowymi była na wierzchu.
Powoli wchodzimy w rytm wyprawy. Szkoda, że już za parę dni
musimy wracać do Polski. Jak bardzo chciałbym, abyśmy mieli tyle
wolnego czasu, abyśmy mogli płynąć przez trzy, cztery lub
jeszcze dużo więcej miesięcy. Kocham morze, kocham wyprawy.
19. VII. 2005 r. (70º29’37 N,
022º33’50 E)
Zbudził nas ogromny upał wewnątrz namiotu. Słońce bardzo mocno
świeciło. Po wypłynięciu obraliśmy kurs na wrak okrętu, aby go
spenetrować. Zakotwiczyliśmy kajaki przy burtach okrętu i
weszliśmy na jego zardzewiały pokład. Napisy widniejące w
jakiejś kabinie wskazywały bez żadnych wątpliwości, że był to
okręt radziecki. Prawdopodobnie zniszczyły go samoloty
niemieckie, bowiem lufy większości działek były skierowane w
górę i na mostku kapitańskim widniały ślady po kulach. Okręt ten
był nawet nieźle zachowany, jak na wrak z okresu drugiej wojny
światowej. W środku były nawet jeszcze kable i inne jakieś
przyrządy okrętowe.
Po opuszczeniu statku zaczął wiać silny wiatr ze
strony morza. Spowodował on niezbyt ciekawe fale. Parę z nich
weszło mi do środka, bowiem nie założyłem w porę fartucha. Obiad
zjedliśmy na bardzo pięknej piaszczystej plaży. W oddali
widniały przepiękne ośnieżone góry, których szczyty wznosiły się
powyżej 1000 metrów n.p.m. Nasza plaża z zielono – błękitnym
odcieniem wody bardziej przypominała jakąś plaże na Karaibach
niż jakąś leżąca za kołem podbiegunowym. Na postoju znalazłem w
moim kajaku dziurę. Zauważyłem, że od wczoraj płynąc w kajaku
gromadzi się w moim kajaku nie wiadomo skąd dość duża spora
ilość wody. W związku, z czym wziąłem się do łatania jej.
Po południu popłynęliśmy dalej. Dość ciężko się
płynęło, bowiem mieliśmy dość silny wiatr, który był bardzo
dziwny, bowiem wiał na nas z różnych kierunków. Raz od
wschodnich wybrzeży Soroya, raz od zachodnich wybrzeży stałego
lądu Norwegii, a jeszcze innym razem jeszcze z innych kierunków.
Bardzo ciężko się płynęło w takich warunkach. A na dodatek wciąż
wchodziła mi woda do kajaka z jakiejś dziury, a siedzenie w
zimnej wodzie nie było przyjemnością. Do tego byłem trochę
wkurzony - nowy kajak, a już ma jakieś dziury!
20. VII. 2005 r. (70º30’12 N,
023º01’28 E)
Pogoda rano zachmurzona. Wieje wiatr z północnego – wschodu. W
oddali na morzu widać białe grzywy fal. Warunki takie
zapowiadają dzień katorgi walki płynięcia pod wiatr. Bardzo
szybko po wystartowaniu łapie nas dość silny szkwał i białe
grzywy fal. Bardzo ciężko i wolno poruszamy się do przodu.
Walczymy z tymi przeciwnościami ok. 3 godzin i robimy w końcu
odpoczynek. Poczym znowu ruszamy na podbój kolejnych metrów do
przodu. Szymon oblicza, że poruszamy się w tempie żółwim ok. 1
km/h. Po ok. 2 godzinach płynięcia robimy znowu kolejny
odpoczynek, bowiem Szymon ma dużo wody w środku kajaka. Nie
wiemy, co dalej robić. Dać spokój na dzisiaj, z płynięciem w
takich warunkach, czy też walczyć dalej. Wyczuwam, że Szymon
jest bardziej za pierwszą opcją. Ja raczej za drugą, bowiem
niezbyt znowu mi się marzy byczenie się w namiocie. W końcu
razem podejmujemy decyzję startu. Celem, jaki postawiliśmy przed
sobą w tym momencie jest zdobycie wyspy Seilandsjøkelen. Brzegi
tej wyspy są po naszej drugiej stronie, aby je osiągnąć musimy
zrobić „ścinkę”. Odległość na drugi brzeg wynosi ok. 8 km, ale w
warunkach aktualnie panujących na morzu zapowiada się ostra
jazda i osiągnięcie jego będzie nie lada wyczynem. W odległości
ok. 2 km od nas znajduje się bardzo mała wysepka z latarnią
morską na jej klifach. Ona jest pierwszym bliższym celem naszej
walki z żywiołem. Wiatr jest bardzo silny i trzeba wkładać ogrom
sił, aby poruszać się do przodu. Mięśnie napięte do granic
wytrzymałości ostro pracują, dzięki czemu po ok. 1 godzinie
upartej walki osiągamy małą wysepkę z latarnią. Tam robimy nie
wysiadając z kajaków krótki odpoczynek. Jesteśmy schowani od
wiatru za małe kify wysepki. Zjadamy szybko po dwa „sinikersy”,
aby nabrać kalorii na następny etap walki. W końcu wyruszamy.
Raptownie po wypłynięciu z wysepki witają nas bardzo duże
grzywacze fal i bardzo silny wiatr. Warunki sztormowe. Ja mam
ogromne problemy z ustawieniem dziobu kajaka na właściwy kurs.
Pomimo, że wkładam w to wszystkie moje siły nie mogę obrócić
kajak na właściwy kurs. Bardzo silny wiatr i duże fale niweczą
wszystkie moje wysiłki, spychając mnie jak pyłek w swoich
objęciach. Ogarnia mnie fala wściekłości, gniewu, że nie
potrafię zapanować nad kajakiem. Rzucam cały czas ostre
przekleństwa. Mam świadomość, że jest spowodowane moim złym
ulokowaniem się w kajaku. Siedzę na tylnym siedzeniu
dwuosobowego kajaka, który jest do tego bardzo długi. Mam, więc
do pokonania opór całej przedniej części kajaka i żywiołu.
Pomimo, że nie jestem dość silny i uparty przegrywam w walce
żywiołem, który mnie spycha coraz dalej w sobie znanym kierunku.
Szymon nie ma takiego problemu w takich warunkach, bowiem jest
ulokowany w swoim kajaku na środku. Nie musi, więc tak nadludzko
się wysilać, aby płynąć na obrany kurs. Sprawnie od początku
wyszedł w morze i po chwili zniknął mi z oczu za falami. Po ok.
20 minutach zobaczyłem go ponownie, jak zbliża się w moim
kierunku. Widząc moje problemy zaproponował, abyśmy zawrócili do
najbliższego brzegu i rozbili namiot. Ja mając w sobie tyle
złości na siebie i swoją porażkę w walce z żywiołem, pomimo słów
Szymona nadal usiłowałem walczyć o złapanie odpowiedniego kursu.
Nie wiem, jak to się ułożyło, ale w pewnym momencie przepchnąłem
cały przód kajaka przez opór wiatru i fale i miałem odwrócony
dziób kajaka na dobry kurs. Krzyknąłem w emocjach Szymonowi, że
płyniemy tak gdzie od początku zamierzaliśmy. Szymon był
wściekły i krzyczał coś, co do mnie. W sumie go rozumiałem, bo
na jego miejscu też podobnie bym się zachowywał. Ja nie mogłem
płynąć kursem bezpośrednio na wyznaczony przez nas cel, mając
wiatr z boku. Płynąłem, więc bardzo ostro pod wiatr. Umówiliśmy
się z Szymonem wcześniej, że spotkamy się na drugim brzegu w
odpowiednim miejscu. On płynął swoim kursem, ja swoim. Po wielu
minutach osiągnęliśmy drugi brzeg. Byliśmy potwornie zmęczeni,
ale zarazem bardzo szczęśliwi, że udało się nam to.
Morze jest nieprzewidywalne. Tu wszystko zależy od
pogody. To nie my dyktujemy warunki, ale morze. Ono uczy nas
pokory. Po dzisiejszym dniu nasunęła mi się refleksja, że
człowiek czuje się dobrze, bezpiecznie, kiedy udaje mu się
panować nad daną sytuacją. Natomiast źle i niepewnie, kiedy
sytuacja wymyka mu się spod kontroli. W naszej drodze do Boga
także trzeba wyzbyć się pewności i poczucia panowania nad
sytuacją, aby mogła wzrastać nasza wiara.
21. VII. 2005 r. (70º43’18 N,
023º48’56 E)
Przywitało nas słońce i ładna pogoda. Pierwszą
godzinę płynęło się wyśmienicie. Następnie zaczął wiać dość
silny wiatr z północnego-wschodu, atakując nas z prawej strony.
Bardzo ciężko było utrzymać właściwy kurs. Tym bardziej, że
robiliśmy dość długą „ścinkę” i na kursie naszym pojawiło się
parę statków. Ja z jednym z nich prawie się nie walnąłem.
Olbrzymi prom płynął najpierw kursem daleko od mojego a będąc
ok. 1 km. ode mnie zmienił kurs prosto na mnie. Bardzo szybko
musiałem zwiewać od pędzącego z dużą prędkością na mnie
olbrzyma, tym bardziej, że kapitan jego mógł nawet mnie nie
widzieć, bowiem słońce świeciło mu prosto twarz. „Ścinka” zajęła
mi ok. 4 godzin. Zatrzymałem się na skałach jakiejś małej
wysepki, która znajduje się niedaleko już od portu w Hammerfest
i czekałem na Szymona, który został sporo w tyle. Pomimo, że
bardzo usilnie wytężałem wzrok w poszukiwaniu Szymona
dostrzegłem go dopiero po ok. 30 minutach, jak wiosłował ok. 400
m. od tej wysepki. Pomachałem do niego wiosłem. Dostrzegł mnie i
przypłynął do mnie. Obiad zrobiliśmy na półce skalnej
podziwiając piękno tych regionów z nagrzanych od słońca klifów.
Po
południu ruszyliśmy dalej. Warunki były dobre do płynięcia. Do
miejscowości Forsel, z której zaczęliśmy naszą północną norweską
kajakową epopeję morską dopłynęliśmy o godzinie 0.30 już 22 VII
2005 r. Wpływając do portu czułem wielką ogromną wewnętrzną
radość, że się udało, że dane mi było doświadczyć niesamowitego
smaku arktycznego oceanu.
Koniec rejsu. Radość, euforia i satysfakcja, że się
udało zrealizować marzenia, poczuć smak morza, doświadczyć trudu
walki z własnymi słabościami i żywiołami, i rozkoszować się
mistyką oceanu. To był naprawdę fantastyczny wypoczynek duchowy.
Czy było warto? Tak, bowiem do odważnych należy świat. Wyprawa,
choć krótka, bo tylko 2 tygodnie, ale mocna. Północ daje
porządnie w kość. Sztormy, wiatry, co zwiewają z nóg, piękno
dziewiczej przyrody, którą chroni się przed ludźmi surowy klimat
tych regionów, romantyzm przygody morskiej – to jest to. Cóż
więcej człowiekowi do szczęścia jeszcze potrzeba? Podczas takiej
wyprawy człowiek znajduje się jakby w innym wymiarze swego
istnienia. Czuje życie bardziej intensywnie. Jakże inaczej
smakuje mu wtedy ciepła herbata, czy też „kawa po norwesku”
(Jest to kawa rozpuszczona w morskiej wodzie. Otóż na jednym z
postojów w czasie wyprawy odkryliśmy, że do słoiczka z
rozpuszczalną kawą weszła woda morska. W pierwszym odruchu
chcieliśmy ją wyrzucić. Jednak tego nie zrobiliśmy. Było trochę
jej szkoda. Zaczęliśmy, więc pić kawę morską. Jej smak był taki,
że chyba przywróciłby do życia nawet trupa. Ha, ha …), czy też,
jakiego znaczenia nabiera ciepło namiotu, do którego się chowa w
deszczowy sztormowy dzień, lub po dniu całodziennego ostrego
wiosłowania, itp.
Dziękuję Bogu, że dał mi możliwość bycia tu i przeżycia tego
wszystkiego. Dziękuję za każdy dzień wyprawy, ten sztormowy i
ten słoneczny. Dziękuję za piękno przyrody. Dziękuję, że dane mi
było przeżywanie tej morskiej kajakowej przygody z Szymonem,
który już w sierpniu wyrusza do Gruzji na dalszą misyjną
przygodę. Wydaje się mi, że w życiu najważniejsze jest to,
abyśmy potrafili dziękować Bogu, tak z samej głębi naszego
serca, za każdy słoneczny, jak i pochmurny dzień naszej
ziemskiej wędrówki. Tego właśnie wszyscy musimy się ciągle
uczyć.
X Darek |